#56. (+1,4 kg) Świadomość.
65,9
Hej Kocięta!
Przytyło mi się bardziej niż myślałam. W dzień po powrocie waga wynosiła 64,5. Jeszcze nie tak źle.
Ale zjechałam do domu i zostałam podkarmiona. Skutek? Następnego dnia ważyłam już 65,5.
Następnego 66,2.
Później 65,5.
I dziś 65,9. A to wszystko ze względu na to, że znów nie potrafię powrócić.
Było już tak dobrze, że trzymałam to 1600, powolutku chudłam, jadłam o wiele zdrowiej, ale...
Kiedy na wyjeździe moje nawyki żywieniowe zmieniły się w brzydkie zło, okazało się, że owe brzydkie zło jest silniejsze niż myślałam. Będę wracać, tylko potrzebuję kopa w postaci zobaczenia na wadze 63, albo 64.
Dziś wyjątkowo ograniczę się do 1000 kcal i postaram się nie zjeść nic słodkiego/fast foodowego.
Trzeba zmniejszyć ten bęben maszyny losującej, żeby nie mieściło się ta tyle kalorii.
Pożalę się jeszcze, że to okropne uczucie widzieć jak postępy znikają. I to nie te wywalczone na szybko, tylko te długoterminowe.
Płaski brzuch, przerwa między udami, wystające obojczyki.
Myślałam, że skoro były cały czas, nawet przy dwukilogramowych wahaniach, to zostały już częścią mnie.
Wiedziałyście, że to może zniknąć w zaledwie dwa tygodnie?
Teraz znów czuję się jak wieloryb i jest źle. Nie wrócę do głodówek, potrzebuję tylko jednorazowego kopa, który oszuka mnie, że zaczynam wyglądać lepiej i pchnie dalej w stronę realnego "wyglądania lepiej".
Wyglądania szczuplej. Wyglądania mniej.
Bo przecież o to chodzi w życiu, nieprawdaż?
Zabolało trochę to, że myślałam, że moja głowa się naprawia, a kiedy ciała trochę przybyło, przybyło również myśli. Obsesyjnych. O chudości.
Okazuję się, że jak na razie, najlepszym sposobem na pozbycie się ich była szczupła sylwetka.
I jak tu nie chcieć chudnąć?
Zmniejsz się, niech Cię ubywa. Lek na całe zło.
Jedyną rzeczą, która jest w stanie Cię wyleczyć są liczby.
Przecież zawsze je lubiłaś.
Ale tylko te na wadze. I tylko te mniejsze.
Uświadomienie sobie tego, że nie zabiłam tej obsesji, tylko ją uśpiłam, jest co najmniej dziwne.
Takie oszukiwanie się, że to droga do zdrowego życia. Może i tak, pod warunkiem, że nie przytyjesz i się nie złamiesz, nie wrócisz. Ja właśnie się nadłamuję. Tylko trochę.
Skoro mam już świadomość, to nie chce wracać do tego razem z nią.
Nadłamuję się i zostaję króliczkiem doświadczalnym dla samej siebie.
Zostawiam Was z nim, bo sama nie jestem w stanie odpowiedzieć.
Trzymajcie się ciepło!
Hej Kocięta!
Przytyło mi się bardziej niż myślałam. W dzień po powrocie waga wynosiła 64,5. Jeszcze nie tak źle.
Ale zjechałam do domu i zostałam podkarmiona. Skutek? Następnego dnia ważyłam już 65,5.
Następnego 66,2.
Później 65,5.
I dziś 65,9. A to wszystko ze względu na to, że znów nie potrafię powrócić.
Było już tak dobrze, że trzymałam to 1600, powolutku chudłam, jadłam o wiele zdrowiej, ale...
Kiedy na wyjeździe moje nawyki żywieniowe zmieniły się w brzydkie zło, okazało się, że owe brzydkie zło jest silniejsze niż myślałam. Będę wracać, tylko potrzebuję kopa w postaci zobaczenia na wadze 63, albo 64.
Dziś wyjątkowo ograniczę się do 1000 kcal i postaram się nie zjeść nic słodkiego/fast foodowego.
Trzeba zmniejszyć ten bęben maszyny losującej, żeby nie mieściło się ta tyle kalorii.
Pożalę się jeszcze, że to okropne uczucie widzieć jak postępy znikają. I to nie te wywalczone na szybko, tylko te długoterminowe.
Płaski brzuch, przerwa między udami, wystające obojczyki.
Myślałam, że skoro były cały czas, nawet przy dwukilogramowych wahaniach, to zostały już częścią mnie.
Wiedziałyście, że to może zniknąć w zaledwie dwa tygodnie?
Teraz znów czuję się jak wieloryb i jest źle. Nie wrócę do głodówek, potrzebuję tylko jednorazowego kopa, który oszuka mnie, że zaczynam wyglądać lepiej i pchnie dalej w stronę realnego "wyglądania lepiej".
Wyglądania szczuplej. Wyglądania mniej.
Bo przecież o to chodzi w życiu, nieprawdaż?
Zabolało trochę to, że myślałam, że moja głowa się naprawia, a kiedy ciała trochę przybyło, przybyło również myśli. Obsesyjnych. O chudości.
Okazuję się, że jak na razie, najlepszym sposobem na pozbycie się ich była szczupła sylwetka.
I jak tu nie chcieć chudnąć?
Zmniejsz się, niech Cię ubywa. Lek na całe zło.
Jedyną rzeczą, która jest w stanie Cię wyleczyć są liczby.
Przecież zawsze je lubiłaś.
Ale tylko te na wadze. I tylko te mniejsze.
Uświadomienie sobie tego, że nie zabiłam tej obsesji, tylko ją uśpiłam, jest co najmniej dziwne.
Takie oszukiwanie się, że to droga do zdrowego życia. Może i tak, pod warunkiem, że nie przytyjesz i się nie złamiesz, nie wrócisz. Ja właśnie się nadłamuję. Tylko trochę.
Skoro mam już świadomość, to nie chce wracać do tego razem z nią.
Nadłamuję się i zostaję króliczkiem doświadczalnym dla samej siebie.
Czy dam radę nie wracać do diet?
Oczywiście, już dawno zapomniałam jak przetrwać chociażby dzień bez jedzenia.
Prawdziwe pytanie brzmi, czy dam radę nie żałować, że do nich nie wracam?
Zostawiam Was z nim, bo sama nie jestem w stanie odpowiedzieć.
Trzymajcie się ciepło!


O rany... takie to prawdziwe, tak dobrze mi znane ;( Bądź tu częściej.. choć nie wiem czy powinnaś.. W każdym razie trzymaj się. Również dodaję do czytanych ;)
OdpowiedzUsuńDobrze znane każdej z nas. Kiedy trwasz w postanowienie, postanowienie staje się mantrą zajmującą każdą część twojego umysłu... a gdy już zabraknie odrobiny motywacji, samokontroli a nasza wypracowana sylwetka nagle staje się odległością - żałujemy, refleksje przychodzą same. Nie przejmuj się i dąż do tego na spokojnie. Delikatne wprowadzenie w sprawie tej kwestii jest najlepszym wyjściem. Powodzenia!
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że po prostu woda ci się zatrzymała w organizmie i resztki jedzenia. Zobaczysz za pare dni wszystko wróci do normy :)
OdpowiedzUsuńI jak tam kochana?
OdpowiedzUsuńWracasz?
Gdzie jesteś? ;( Usunęli mi bloga zapraszam na:
OdpowiedzUsuńhttps://kreatorwymarzonegozycia.blogspot.com/