#54. (-1,8 kg) Układanko.

64,8

Dzień dobry Kocięta!

Układam sobie w głowie i w życiu od ostatniego postu. Dziękuję za Wasze wsparcie ♥️
Trochę się pozmieniało, chyba na lepsze.
(aktualizacja życia: zachowań, żywienia, nauki, a nawet sterowników)
Przestałam tworzyć nowe problemy i wróciłam do bycia sobą.
Nawet moi przyjaciele stwierdzili, że w ostatnim czasie nie mogli mnie rozpoznać i trochę się obawiali, że to nie tylko faza, a kompletna zmiana.
Jednak (dzięki Bogu/bogom/istotom/trzeźwości/odbiciu/czemukolwiek) sumienie i inne zjawiska dopadły tę skorupę i całą swoją siłą mnie z niej wyciągnęły.
Nie będę pisać więcej o "skorupie", bo usiłuję wyprzeć z pamięci i świadomości chwilowe istnienie tejże persony.

Wagowo już wracałam na dobre tory, ale okres nie ma litości i zachłannie łaknie zatrzymać wszystko w moim organizmie (a magazyny lubi umieszczać na udach).

Ale jest jedna ważna rzecz, o której nie pisałam.

                Wychodzę z tego
                              Leczo się
                                        Leczo zjem jak będę potrafiła (bez wyrzutów sumienia)

Może lecz(o)enie to za dużo powiedziane. Nie ograniczam kalorii. Prawie. Tzn. nie robię tego drastycznie i to już jakoś od 4 stycznia.
Jem nie mniej niż 1500 i staram się nie więcej niż 1600, ale jeśli przekroczę limit-nie-limit to ie ma żadnych konsekwencji. I do tego skupiam się na zdrowym jedzonku. Oczywiście nadal chcę schudnąć, ale pogodziłam się z tym, że nie mogę zrobić tego z dnia na dzień, bo wszystko wróci.
Nadal namiętnie przeglądam thinspiracje i inne rzeczy, które można znaleźć w zaburzonych stronach internetu, ale nie stosuję się do tego.
Czasem (często) jeszcze poczuję się ssakiem, z którego robią tran, ale czuję, że nie wrócę już do stanu, w którym niszczyłam swój organizm.
Nadal ciągle się ważę, nadal ważę jedzenie, nadal dużo liczę, nadal mam słabość do kawy, ale to już mniejsze zło.
"Skorupa" (a miałam o niej nie pisać) pokazała mi jak bardzo niedożywiony człowiek może odbiegać od tego kim jest. Jak powoli zaczyna fiksować. Jak ma wszystko gdzieś, jak nie jest w stanie czuć, jak podejmuje coraz to gorsze decyzje ze skrytą nadzieją, że im mocniejsze zachowanie, tym większa szansa, że tym razem odczuje coś innego niż zobojętnienie. Jak naiwnie kłamie innym, że czuje się dobrze z tym co robi i myśli, że sam się na to nabierze. Jak udaje, że cieszy go staczanie się. Jak nie obchodzi go ludzka opinia i łudzi się, że tak już zostanie.
Ale tak nie jest, bo gdy choć na chwilę coś się przez nią przebije, to zaczyna odczuwać. Głównie strach, rozczarowanie, jeden wielki zawód. Samym sobą. Potem musi wszystko składać od nowa, zbierać każdy najmniejszy śmieć z życia, liczyć się z niepokojem, że ludzie wiedzą wszystko i mówią właśnie o tym, że każdy obcy uśmiech może być podszyty ironią.

Już jest dobrze - godzę się ze sobą i z prawem akcji i reakcji.

Post brzmi smutno - absolutnie nie powinien - powinna bić z niego radość, że to o czym pisałam mam już za sobą.

Uciekam zjeść obiad przed zajęciami, bo 199 kcal ze śniadania, to słaba podstawa, a nie chcę musieć dużo nadrabiać po osiemnastej :)

Trzymajcie się kochane!

Komentarze

  1. trzymam kciuki <3

    jaksieje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że widzisz zmiany pozytywnie. Trzymam kciuki, żeby tak zostało.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powodzenia!
    Anakoktajlowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. pogodzenie się z sobą - to najważniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej właśnie startuje z nowym blogiem i trafiłam na twój. Czuj,ę że bardzo mi z tobą po drodze, ja też nie chcę się już głodzić, zrozumiałam jakie to głupie (o zgrozo w wieku 21 lat).. Masz świetny styl pisania, proszę zajrzyj do mnie, będą tam teksty nie tylko o odchudzaniu
    https://kreacjazycia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty